Jak nauczyć dzieci inwestowania?

18 najczęstszych pytań oraz nasze case study

Nasze dzieci co chwila dostają jakieś pieniądze: na urodziny, Dzień Dziecka, Komunię. Co z nimi zrobić, aby nie „zjadła” ich inflacja? Na początku to często my, rodzice, inwestujemy je w imieniu naszych dzieci. Jednak wraz z ich dorastaniem, warto, aby to one stopniowo przejmowały nad nimi kontrolę. 

Tak samo zadziało się w przypadku naszych córek. W końcu przyszedł ten moment, kiedy nie chcieliśmy już dłużej czekać i postanowiliśmy rozpocząć przygodę z ich inwestowaniem. Dzisiaj, wraz z mężem, dzielimy się naszym doświadczeniem i wiedzą. Na przykładzie naszego case study odpowiadamy na 18 najczęściej zadawanych pytań dotyczących nauki inwestowania u dzieci.

Poniżej znajdziesz:

  1. krótkie zestawienie najważniejszych wniosków,
  2. przekierowanie do całej rozmowy na YouTube,
  3. skrypt z całego nagrania.


1. Edukacja inwestycyjna dzieci: Zestawienie najważniejszych wniosków dla rodziców (TL;DR)

Nauka inwestowania to proces budowania autonomii finansowej i poczucia sprawczości u dziecka. Poniżej znajduje się zestawienie kluczowych zasad i strategii opartych na praktycznych doświadczeniach rodziców-ekspertów.

Fundamenty i przygotowanie

  • Optymalny wiek: Warto zacząć wcześnie, najlepiej około 8-9. roku życia, angażując dziecko jako obserwatora przy przelewach i transakcjach.
  • Wspólna rozmowa: Temat inwestycji powinien łączyć rodzinę. Udział obojga rodziców pomaga lepiej tłumaczyć trudne pojęcia i przełamuje stereotypy.
  • Komunikacja wizualna: U młodszych dzieci stosuj konkretne kwoty zamiast procentów. U starszych wykorzystuj wykresy i grafiki.


Logistyka i wybór produktów

  • Konto rodzica: Zaleca się korzystanie z subkonta lub osobnego rachunku na koncie rodzica. Daje to pełną kontrolę prawną i chroni kapitał przed nieracjonalnymi decyzjami nastolatka w przyszłości.
  • Realne pieniądze zamiast kont DEMO: Inwestowanie małych, realnych kwot uczy zarządzania emocjami i psychologią rynku.
  • Fundusze indeksowe: Polecane jako idealny punkt startowy – są prostsze niż ETF-y (brak komplikacji walutowych), ale oferują większy walor edukacyjny niż obligacje.


Metodyka nauczania i strategia

  • Edukacyjne metafory: Wyjaśniaj mechanizmy rynkowe obrazowo: fundusz to „sałatka owocowa”, akcje to „kawałek pizzy/tortu”, a obligacje to „umowa pożyczki”.
  • Strategia pasywna: Na początku promuj podejście „kup i trzymaj”, unikając skomplikowanego tradingu.
  • Gwarancja „Zero Strat”: Aby przełamać lęk dziecka przed utratą własnych oszczędności, rodzice mogą zaproponować ochronę kapitału (np. zwrot ewentualnej straty po 3 latach).


Budowanie nawyków

  • Automatyzacja: Wprowadzenie stałego zlecenia przelewu (nawet małych kwot z kieszonkowego) buduje nawyk regularnego inwestowania.
  • Monitoring: Stan konta warto sprawdzać bez pośpiechu, najlepiej raz na pół roku lub podczas wyjątkowych wydarzeń rynkowych, aby wytłumaczyć dziecku zachodzące mechanizmy.


2. Cała rozmowa na YT:

3. Jak nauczyć dzieci inwestowania? Skrypt z całego nagrania

Dorota: Jak nauczyć dzieci inwestowania to temat, który często zadajemy sobie jako rodzice. Nasze dzieci co chwilę dostają pieniądze na urodziny, Komunię czy Dzień Dziecka. Ich środki stają się coraz większe. Na początku często to my, jako rodzice, inwestujemy te pieniądze w ich imieniu. Nasze pociechy robią się jednak coraz starsze. Warto, aby w pewnym momencie to one przejęły kontrolę nad swoimi środkami i nauczyły się mądrze nimi zarządzać. Dlatego warto zacząć z nimi o tym rozmawiać i uczyć ich inwestowania. 

Dzisiaj razem z moim mężem Arturem, którego kojarzycie z portalu stockbroker.pl, opowiemy, jak my podeszliśmy do tego tematu. Odpowiemy na pytania, które najczęściej nam zadajecie i na które sami musieliśmy sobie odpowiedzieć. Kiedy zacząć rozmawiać z dziećmi o inwestowaniu? W jakie aktywa inwestować? Jaką strategię przyjąć? Czy inwestować przez konto rodzica, czy dziecka? Opowiemy o tym na bazie naszych doświadczeń z wdrażania naszych córek w inwestowanie.

Artur: Cześć, dziękuję za zaproszenie, bardzo mi miło. Mogę dodać, że pewnie nie będą to uniwersalne porady dla każdego. Nie ma jednej odpowiedzi na te wszystkie pytania. Przedstawimy nasze subiektywne podejście do tych tematów.

W jakim wieku zacząć rozmawiać z dzieckiem o inwestowaniu?

Dorota: My zaczęliśmy rozmawiać z naszymi córkami wcześnie. Sami zajmujemy się tematyką finansów, więc rozmowy o pieniądzach w naszym domu są obecne właściwie od ich urodzenia. Tym samym płynnie przeszliśmy do rozmów o inwestowaniu. Konkretne rozmowy zaczęliśmy jednak kilka miesięcy temu. Córki miały wtedy 11 i 12 lat, a starsza była już blisko trzynastki. Z perspektywy czasu oceniam, że to było zdecydowanie za późno. 

Gdybym miała cofnąć czas, uważam, że dzieci powinny zacząć asystować rodzicom już koło 8. lub 9. roku życia. Powinny być choćby obecne przy dokonywaniu przelewów i transakcji na rachunku. Chodzi o to, by było to dla dziecka coś naturalnego, jak wszystkie inne transakcje finansowe, które wykonujemy.

Artur: Pomysł, żeby wdrożyć nasze córki w inwestowanie, wyszedł od Doroty. Mi to nie przyszło do głowy, bo uważałem, że to zbyt wcześnie. Spodziewałem się, że zainteresowanie z ich strony pojawi się dopiero w wieku 16 lub 17 lat. Więc w sumie dla mnie to było pewnym zaskoczeniem i byłem, szczerze mówiąc, nieco sceptyczny. Rezultat zaskoczył mnie jednak pozytywnie i wyszedł lepiej, niż myślałem. Nadal byłbym jednak ostrożny w kwestii wieku. Prowadziliśmy rozmowy o tym, czym są akcje, obligacje i inwestycje już od dłuższego czasu. Czy można było wcześniej wchodzić w szczegóły? Pozostaję sceptyczny, ale tutaj między nami są różnice zdań.

Dorota: Nie chodzi mi o to, żeby ośmiolatek rozumiał dokładnie i potrafił sam wytłumaczyć, czym są akcje. Chodzi o to, żeby traktował inwestowanie jako coś naturalnego, tak samo jak zakupy w markecie. 

Kto powinien poprowadzić rozmowę z dzieckiem – mama, tata czy razem?

Dorota: W mojej ocenie ta rozmowa powinna być przeprowadzona razem. Jedno z rodziców może lepiej znać się na inwestowaniu, a drugie może lepiej tłumaczyć trudne pojęcia na przykłady zrozumiałe dla dzieci. To jeden argument za wspólną rozmową. Drugi jest taki, że warto pokazać dzieciom, że jest to temat, który łączy rodzinę, a nie rodzinę dzieli. Inwestycje nie powinny kojarzyć się stereotypowo tylko z tatą. To sprawa całej rodziny, tak samo jak planowanie wakacji.

Artur: W naszym małżeństwie to ja wiem więcej o samym inwestowaniu, ale zgadzam się z Dorotą. Przyznam, że dla mnie była to rozmowa trudna. Łatwiej mi tłumaczyć inwestowanie dorosłym. W rozmowie z dziećmi obecność Doroty była kluczowa, żeby skutecznie do nich dotrzeć.

Przez jakie konto uczyć dziecko inwestowania – konto dziecka czy konto rodzica?

Artur: Mamy dwa typy kont. Może to być konto, którego prawnym właścicielem jest dziecko, oraz klasyczne konta, gdzie właścicielami są rodzice. Zasadnicza różnica polega na tym, że w przypadku konta dla dziecka ma to swoje dobre i złe strony. Dobra jest taka, że dziecko jest faktycznym właścicielem pieniędzy. Zła strona to fakt, że my jako rodzice nie możemy tymi środkami swobodnie operować. Wypłaty są ograniczone do wielkości tak zwanego zwykłego zarządu. 

Z jednej strony to chroni dziecko, ale z drugiej generuje ryzyka. Dziecko w okresie dorastania może wpaść na pomysł, żeby wypłacić pieniądze i przeznaczyć je na rzeczy, które mu szkodzą, na przykład uzależnienia. To tematy skrajne, ale według nas to są ryzyka, których my nie chcielibyśmy podejmować. Według nas lepiej, żeby dziecko inwestowało przez rachunek rodzica. Środki prawnie należą wówczas do rodzica, dzięki czemu ma on nad nimi kontrolę i może je wypłacić w razie potrzeby. W życiu są różne sytuacje i nie chcieliśmy ograniczonego dostępu do środków. 

Oczywiście to rozwiązanie też rodzi ryzyka, na przykład w przypadku rozwodu rodziców – czy dziecko nie wyjdzie na tym, jak Zabłocki na mydle. Każdy powinien rozważyć to indywidualnie. My widzieliśmy więcej plusów w koncie na rodzica. Dodatkowo wybór kont dla dzieci w Polsce jest bardzo ograniczony. Oferuje je tylko kilka instytucji zagranicznych, głównie robo-doradcy. Chcieliśmy mieć większą swobodę wyboru konta i instrumentów.

Czy pozwolić dziecku inwestować przez ten sam rachunek, przez który inwestuje rodzic?

Artur: Teoretycznie można inwestować przez te same rachunki, ale w praktyce lepiej mieć osobne rachunki, po prostu dla porządku. Czasami inwestujemy w te same instrumenty co dzieci, więc lepiej to rozdzielić dla pełnej transparentności. Jeżeli mamy konto w danej instytucji, warto więc założyć osobny portfel lub subkonto na pieniądze, które dziecko będzie inwestowało.

Czy dziecko powinno inwestować przez ten sam rachunek, przez który rodzic inwestuje pieniądze na jego przyszłość?

Artur: Nie każdy inwestuje konkretnie na taki cel, jakim jest przyszłość dziecka, ale niektórzy tak robią. To jest nasz przypadek. My część pieniędzy odkładamy na dzieci i uważam, że to dwie zupełnie inne rzeczy. Inwestując na przyszłość dziecka, możemy możemy, na przykład, inwestować przez inny typ konta niż to konto, na którym dziecko ma się uczyć inwestowania. Możemy też realizować inne strategie. Dla przykładu, część pieniędzy trzymamy w detalicznych obligacjach skarbowych indeksowanych inflacją. Jednak w przypadku nauki inwestowania chcemy, żeby dziecko wybierało co innego. Są to różne cele, więc rachunki co do zasady powinny być rozdzielone. 

Dorota: Dodatkowo dochodzi też kwestia jasnego rozdzielenia własności. Gdy inwestujemy nasze pieniądze na przyszłość dziecka, nadal jesteśmy ich właścicielami. Inaczej, gdy dziecko przelewa swoje własne środki na nasze konto, z którego będzie inwestować – formalnie my jesteśmy wtedy właścicielami, ale moralnie to są pieniądze dziecka. W naszej ocenie warto to wyraźnie oddzielić: które pieniądze są nasze i chcemy przekazać dziecku, a które to są pieniądze dziecka, z którymi ono będzie mogło, de facto, potem zrobić, co będzie chciało. 

Czy udzielać dziecku dostępu do rachunku?

Artur: To jest też ważna kwestia. Jeżeli chcielibyśmy, aby dziecko miało własny login oraz hasło i mogło samodzielnie logować się w dowolnym czasie, to bezwzględnie muszą to być inne rachunki. Chodzi o to, aby uniknąć ryzyka, że dziecko zaloguje się na konto rodzica i nawet niechcący dokona zmian wpływających na rentowność jego inwestycji. Tego nie chcemy. W takim przypadku osobne konta są koniecznością.

My uważamy, że co do zasady tego dostępu nie będziemy udzielać. Wynika to w sumie z kwestii technicznych. Między innymi obecnie standardem jest dwuskładnikowe logowanie – oprócz hasła trzeba podać kod z SMS-a. To i tak najczęściej wymaga obecności rodzica. Wychodzimy więc z założenia, że na rachunek będziemy logować się razem z dzieckiem. Dzięki temu zachowamy kontrolę, choć nadal uważamy, że konta powinny być rozdzielone. 

Dorota: Z czasem może się to zmienić. Zakładam, że gdy nasze córki nabiorą większej pewności w inwestowaniu, nasz poziom zaufania także wzrośnie. Przyjdzie czas, kiedy po prostu podamy im kod, a one same będą zarządzać swoim portfelem. Wtedy być może zmieni się też nasze podejście do kwestii wspólnego konta.

Samodzielne inwestowanie, robo-doradca, detaliczne obligacje skarbowe – co wybrać dla dziecka?

Artur: To jest bardzo trudne pytanie, bo wszystko zależy od dziecka, jego wiedzy i gotowości do eksperymentowania. Najprostszym produktem są detaliczne obligacje skarbowe, ale nie poleciliśmy ich naszym dzieciom, ponieważ tam się za mało dzieje. Dają one najmniejsze pole do nauki. My sami w nie inwestujemy i Dorota wdraża dzieci w ten proces, pokazując im przy komputerze, co klika przy zakupie. Wydaje nam się jednak, że to zbyt małe pole doświadczalne dla dziecka.

Dobrą opcją może być robo-doradca, ponieważ tam dzieje się dużo więcej. Robo-doradca polega z grubsza na tym, że wybieramy, jaki chcemy mieć portfel – czy chcemy mieć więcej akcji, czy więcej obligacji – czyli ustalamy poziom ryzyka. A potem już wszystko dzieje się samo. Jeśli dziecko ma małą wiedzę i wszystko wydaje mu się skomplikowane, to może być dobry wybór na początek. Obecnie takie konta dla dzieci z możliwościami inwestowania oferują robo-doradcy Finax i Portu.

Trzecia, najbardziej zaawansowana opcja, to samodzielne inwestowanie na giełdzie poprzez akcje lub fundusze. Tutaj dziecko samo wybiera, w co zainwestować i w jakich proporcjach. Wymaga to najwięcej wiedzy i jest najtrudniejsze, ale jednocześnie stanowi najlepszy poligon doświadczalny. Tutaj dziecko może najwięcej się nauczyć. Więcej jest miejsc, gdzie może się sparzyć i doświadczyć doświadczyć bolesnych sytuacji, ale one są ważne z punktu widzenia nauki. Uznaliśmy, że chcemy, aby nasze dzieci spróbowały samodzielnego inwestowania. Chociaż nie w konkretne akcje – to byłby zbyt duży poziom trudności. Wybraliśmy fundusze inwestycyjne.

ETF czy fundusze inwestycyjne – co jest lepsze do nauki inwestowania?

Artur: Zasadniczo my sami najczęściej inwestujemy przez ETF-y, bo są najtańsze i dają największy wybór. Uznałem jednak i przekonałem Dorotę, że dla dzieci byłby to zły wybór ze względu na zbyt duży poziom komplikacji. W przypadku naszych dzieci uznałem, że lepszym wyborem będą fundusze inwestycyjne, które nie są notowane na giełdzie, ale konkretnie fundusze indeksowe. My zdecydowaliśmy na fundusze indeksowe inPZU. 

Jest tam kilkanaście funduszy o strategii indeksowej, podobnie do ETF-ów. Są zazwyczaj trochę droższe, ale zebrane pod jednym parasolem. Nie musimy tam wdrażać dzieci w to, czym jest waluta funduszu, bo jest zawsze tylko jedna. Nie musimy wdrażać dzieci, dzieci w to, że są różne waluty notowania, bo tam nie ma takiego wyboru – jest tylko jedna. Nie musimy zatem wdrażać dzieci w pewne szczegóły, które są na tym etapie edukacji zbędne. Uznaliśmy, że fundusze indeksowe to dobry kompromis między nauką a prostotą. 

Dodam tylko, że ten wybór nie był podyktowany współpracą komercyjną z tym dostawcą funduszy. W naszej sytuacji to był po prostu najlepszy punkt startowy. Ale nie wykluczamy, że z czasem, kiedy dzieci będą zwiększać swoją wiedzę, przejdą na coś innego, na przykład na ETF-y. Fundusze indeksowe to nasz punkt startowy i uważam, że jest to dobry produkt na początek.

Konto DEMO czy realne pieniądze – co jest lepsze do nauki inwestowania?

Dorota: Jeśli chodzi o aspekt edukacyjny, istnieją też konta demo. Mogą one pomóc dziecku opanować strach i zrobić pierwsze kroki. Aczkolwiek my jednak nie zdecydowaliśmy się na tę opcję. Uznaliśmy, że chcemy, aby nasze dzieci od razu inwestowały realne pieniądze. Po pierwsze dlatego, że w tym wieku są to jeszcze małe kwoty, więc ewentualna strata byłaby niska. Po drugie, realne pieniądze pozwalają od razu ćwiczyć kwestie psychologiczne, na przykład radzenie sobie z obawą przed stratą, zastanawianie się „co zrobię, jeśli…?” To jest bardzo cenna nauka. A ryzyko, jak wspomniałam, jest niskie.

Artur: Zgadzam się. Realne pieniądze budzą emocje, dzięki czemu uczymy się i rynku, i samych siebie.

Jak przygotować się do rozmowy z dzieckiem o inwestowaniu?

Artur: Przede wszystkim należy wybrać dzień i godzinę, kiedy jesteśmy wypoczęci. My popełniliśmy ten błąd, że umówiliśmy się na tę rozmowę na wieczór, gdy byliśmy już głodni i zmęczeni. To wynikało po prostu z braku czasu i założenie było takie: no w końcu przeprowadźmy tę rozmowę. Ale, co do zasady, lepiej zrobić to na przykład w sobotę, kiedy się nie śpieszymy i jesteśmy najedzeni. 

Z perspektywy czasu widzę też, że warto wcześniej do takiej rozmowy się przygotować. Czyli zebrać liczby i wykresy, by pokazać pewne rzeczy na grafikach. Dzięki temu rozmowa przebiegnie płynnie i nie stracimy czasu na wyszukiwanie ich w trakcie. To też był nasz przypadek – u nas rozmowa bardzo się rozwlekła, przez co dzieciaki były już zmęczone i poirytowane, „Ile to już czasu trwa, dajcie nam spokój”. Więc warto się do tego przygotować, żeby pewne rzeczy mieć pod ręką i nie musieć tego szukać w trakcie rozmowy.

Dorota: Wykresy mogą bardzo się przydać, czy w ogóle wszelkie graficzne wizualizacje, natomiast szczególnie u tych starszych dzieci. Młodsze dzieci, poniżej czy około 10. roku życia, niekoniecznie będą je rozumiały. Dla nich lepiej przygotować konkretne kwoty: jak ile zainwestują, to ile mogą uzyskać zwrotu. To taki mały tip. 

Artur: No tak, to prawda, to warto zaakcentować. Gdy mówiłem dzieciom, że na obligacjach zarobią 3% ponad inflację, a na akcjach 6%, niewiele im to mówiło. Trzy a sześć procent – co za różnica? Dopiero konkretne kwoty podane przez Dorotę pomogły im to zrozumieć.

Dorota: Warto też uwzględnić, że jest mała szansa, aby udało się zamknąć temat w jednej rozmowie. Szczególnie jeśli nie było wcześniejszych rozmów o inwestowaniu. My regularnie rozmawialiśmy o podstawach, co to są akcje, obligacje i tak dalej. Ale kiedy przechodzicie do konkretów, ile zainwestować, jaką strategię przyjąć, w co zainwestować itd., lepiej zaplanować przynajmniej trzy sloty na takie rozmowy. W spokojnej atmosferze, kiedy się nie śpieszymy, kiedy jesteśmy wypoczęci. 

Trzeba też wyczuć, ile wiedzy dziecko jest w stanie zakodować naraz. Tak samo, jak my nie jesteśmy w stanie przyjmować wiedzy non-stop przez godzinę – w pewnym momencie po prostu się wyłączamy, bo mamy przesyt. To są, wiadomo, kwestie indywidualne, trzeba obserwować, jak dziecko się czuje i czy jeszcze nie ma dość.

Ostrożnie czy ryzykownie – jaka strategię zaproponować dziecku?

Artur: To zależy od dziecka. Im bardziej ostrożna jest strategia, tym mniej złego może się wydarzyć, ale też dziecko mniej się nauczy. Im bardziej ryzykowna strategia, tym większe jest pole do nauki, ale pojawia się ryzyko, że dziecko się zniechęci. Podeszliśmy do tego w ten sposób. Pierwotnie uważałem, że dzieci powinny zainwestować w sposób ryzykowny stosunkowo małą kwotę. Nasze córki miały oszczędności rzędu sześciu lub siedmiu tysięcy złotych. Czy może nieco więcej, ale te kwoty chciały zainwestować na rynku, mniej lub bardziej ryzykownie. Wychodziłem z założenia, aby zainwestowały w sposób ryzykowny przynajmniej tysiąc złotych, a resztę bardziej ostrożnie. Dorota nakierowała je jednak na inne rozwiązanie.

Dorota: Nasze córki regularnie rozmawiały z nami o inwestowaniu. Jednak gdy przyszło do operowania realnymi, własnymi pieniędzmi, były jak typowy polski inwestor – po prostu bały się straty. Dlatego zaproponowaliśmy im gwarancję: trzy lata bez strat. Wiemy coś w tym temacie, więc jest duża szansa, że uda nam się tak dobrać instrumenty, aby ryzyko straty było bardzo niskie. Jesteśmy gotowi wziąć to ryzyko na klatę. Zagwarantowaliśmy więc córkom, że jeśli przez trzy lata cokolwiek stracą, uzupełnimy tę stratę z własnych środków. To jest, gdyby po upływie trzech lat chciały wyjąć pieniądze i byłyby na minusie, pokryjemy różnicę w stosunku do pierwotnie zainwestowanej kwoty. 

Tym samym, skoro mogą tylko zyskać i nic nie mogą stracić, logiczne jest, że warto zainwestować większą kwotę oraz bardziej ryzykownie. Dzięki temu łatwiej było nam przekonać córki, aby spróbowały, mimo że ich poziom strachu był spory. 

Artur: Ostatecznie jedna wybrała portfel 50/50, a druga zdecydowała się na wariant 60/40, czyli większość środków ulokowała w części bardziej zmiennej, a tylko 40% w części ostrożnej.

Dorota: Oczywiście wszystko zależy od ustaleń z dzieckiem. Jeśli dziecko bardzo się boi, a my nie jesteśmy gotowi zagwarantować mu braku strat, to każda inwestycja na początku jest dobra. Nawet jeśli będzie to najbardziej ostrożne aktywo, i tak jest to już jakiś krok naprzód. Niech już będzie ta stopa włożona w drzwi. Gdy dziecko zobaczy, że nie taki diabeł straszny, jak go malują, poczuje się pewniej. Jeśli po kilku miesiącach nie straci, może będzie gotowe na kolejne kroki. My, dorośli, często zaczynamy podobnie: najpierw wybieramy ostrożne aktywa, a potem okazuje się, że jesteśmy gotowi na większe ryzyko lub wyższe kwoty.

Artur: Podsumowałbym to w ten sposób: nie ma jednej odpowiedzi, jak to rozegrać. Kwota zainwestowana w sposób ryzykowny powinna pozwolić dziecku poczuć zmienność, ale nie może być na tyle duża, aby je zniechęciła. Jeśli ktoś jest bardzo ostrożny, niech na początek zainwestuje w sposób ryzykowny sto złotych. Trzeba to po prostu dostosować do dziecka i podejść do tematu indywidualnie.

Jak wytłumaczyć dziecku, czym są: akcje, obligacje, fundusz, złoto, bitcoin?

Artur: Ideę funduszu w skrócie porównaliśmy do kupowania biletów na koncert, na przykład w Londynie. Zamiast jechać tam osobiście, kupować bilet na samolot i stać w kolejce do kasy, można wejść do internetu. Tam korzystamy z usług firmy, która jest pośrednikiem w zakupie biletów. Tak wyjaśniliśmy tę ideę. Nie jest to porównanie idealne, ale córki je zrozumiały, więc było to pomocne.

Dorota: Drugim porównaniem jest sałatka owocowa. Na bazarze można kupić gruszki od jednego sprzedawcy, śliwki od drugiego, a jabłka i pomarańcze od kolejnych. Można jednak pójść do jednego sprzedawcy i od razu kupić gotową sałatkę owocową, w której znajduje się po trochu wszystkich tych owoców: i gruszki, i śliwki, i jabłka, i pomarańcze. To dobrze obrazuje, że fundusz składa się po prostu z wielu różnych akcji.

Artur: Obligacje staraliśmy się porównać po prostu do umowy pożyczki. Najtrudniej było z bitcoinem. Próbowaliśmy porównać go z walutami, którymi posługujemy się na co dzień, czyli na przykład ze złotym. Pokazaliśmy, że jest to waluta wirtualna, co do której ludzie umówili się na pewne zasady i która ma stałą podaż. Być może nie wytłumaczyłem tego teraz zbyt dobrze, bo to faktycznie trudny temat, ale staraliśmy się odnieść to do złotego, którym operujemy każdego dnia. Nie opracowaliśmy jeszcze idealnego porównania dla bitcoina. Jak tylko to zrobimy, damy znać.

Najłatwiej było ze złotem, bo złoto to po prostu złoto. Tłumaczyliśmy też, czym są akcje. Nasze córki wiedzą, czym są firmy, więc wyjaśniliśmy im, że kupując akcje, nabywają część firmy. Można to również porównać do pizzy lub tortu. Inwestując i kupując trochę akcji, nabywamy jakby jeden kawałek. W ten sposób stajemy się współudziałowcami i współwłaścicielami danej firmy.

Pasywna czy aktywna – jaką strategię zaproponować dziecku?

Artur: Zdecydowanie pasywna. Zakładamy, że dziecko wybiera akcje, obligacje, ewentualnie złoto, bitcoiny lub inne aktywa, a następnie inwestuje pasywnie. Czyli po prostu kupujemy i trzymamy. Ewentualnie w przyszłości można zastosować tak zwany rebalancing, czyli przywracanie proporcji portfela do tych pierwotnie zakładanych. Nie próbujemy jednak kupować tanio i sprzedawać drogo ani podążać za trendem. Według nas, przynajmniej w przypadku naszych dzieci, to są zbyt skomplikowane zagadnienia, dlatego w ogóle nie podejmowaliśmy tego tematu. Od razu pokazywaliśmy, że inwestowanie to proces pasywny. Na podejście aktywne być może przyjdzie czas, gdy córki opanują już podstawy.

Dorota: Właśnie chciałam dodać, że nie wykluczam takiej opcji w przyszłości. Myślę, że warto by było, aby za jakiś czas dziewczyny zainwestowały małą kwotę bardziej aktywnie. Trochę na zasadzie hobby lub zabawy, dlatego powinna to być niewielka suma. Dlaczego traktowałabym to raczej jako hobby? Ponieważ mało kto z nas, dorosłych, ma czas na to, aby inwestować aktywnie w dłuższej perspektywie. Myślę, że byłaby to dobra okazja, aby zobaczyły, jak to działa i dlaczego ostatecznie warto inwestować pasywnie. 

Artur: Takie podejście jest po prostu najprostsze. Samo wdrożenie w samodzielne inwestowanie, czyli decyzje o tym, co kupić i w jakich proporcjach, jest już dla dziecka wystarczająco trudne i skomplikowane. Podnoszenie poprzeczki teraz byłoby krokiem za daleko. Nie chcemy zrazić dzieci już na samym początku.

Jak pomóc dziecku określić, ile zainwestować?

Artur: Warto, aby dziecko zadało sobie pytanie: jakiej części pieniędzy nie będę potrzebować przez przynajmniej trzy lata? Gdybyśmy poszli do banku, usłyszelibyśmy pewnie, że ten okres powinien wynosić przynajmniej pięć lat. My jednak, w kontekście zaproponowanej dzieciom ochrony kapitału, wskazaliśmy, że powinny to być środki zainwestowane na minimum trzy lata.

Oczywiście pieniądze można wypłacić wcześniej. Mamy zapewnioną płynność, ponieważ nie ma tam żadnych opłat wyjściowych. Jednak z punktu widzenia ryzyka – bo wartość rachunku może spadać – warto, aby dziecko odpowiedziało sobie na pytanie, jak długo jest gotowe pozostawić te pieniądze bez ich ruszania.

Dorota: Zależy to również od sytuacji finansowej dziecka: czy zarabia, czy tylko otrzymuje kieszonkowe oraz jak wysokie ma wydatki. Na przykład nasze córki są raczej oszczędne, a oprócz regularnego kieszonkowego, dodatkowo jeszcze zarabiają. Prawdopodobieństwo, że będą potrzebowały skorzystać z tych środków w ciągu najbliższych trzech lat, jest więc w ich sytuacji małe.

Dzięki temu mogą sobie pozwolić na zainwestowanie większej części swoich oszczędności. Umówiliśmy się jednak, na wszelki wypadek, że po zainwestowaniu części środków pozostawią sobie także zapas na koncie oszczędnościowym. Chcemy, aby miały poduszkę finansową na wypadek nagłych i niespodziewanych wydatków.

Jak pomóc dziecku wybrać fundusze?

Artur: Decydując się na fundusze indeksowe, nie mamy problemu z wyborem spośród kilku tysięcy ETF-ów. Jest to plusem, ponieważ oferta jest ograniczona i przesadny wybór nas nie paraliżuje. Mimo to funduszy nadal jest tam kilkanaście. Jak dla dziecka, to może nadal być zbyt dużo.

My wychodziliśmy z założenia, że portfel ma być maksymalnie prosty, więc tych funduszy powinno być jak najmniej. Z drugiej strony uważaliśmy, że dobrze by było, aby dziecko miało w portfelu wszystkie główne klasy aktywów. Dzięki temu będzie mogło je po prostu ze sobą porównywać, jak się zachowują.Według mnie jest to główny cel całego tego doświadczenia.

Dlatego, aby pomóc dziecku wybrać fundusze, można spróbować jeszcze bardziej ograniczyć tę listę. Teoretycznie wybór na platformie jest większy i obejmuje na przykład fundusze na obligacje zielone czy ekologiczne. Dziecko jednak tego nie zrozumie, więc warto ograniczyć wybór i odfiltrować tego typu fundusze z pola widzenia. My nakierowaliśmy nasze dzieci w taki sposób, że ostatecznie wybrały: jeden fundusz na obligacje, dwa fundusze na akcje (jeden na rynki rozwinięte i jeden na rynki wschodzące) oraz fundusze na złoto i bitcoina.

Jak podejść do rebalansingu?

Artur: Na obecnym etapie, czyli przy starcie z platformą i wyborze funduszy, w ogóle nie chciałem podejmować tego tematu. Wydaje mi się, że to zbyt dużo informacji na raz. Wyszedłem z założenia, że lepiej będzie odczekać. Po zainwestowaniu pierwszych pieniędzy otworzymy rachunek za jakiś czas i sprawdzimy, co się stało ze środkami. Zobaczymy wtedy, że niektóre aktywa wzrosły, a inne spadły. Wówczas zadamy sobie pytanie: „i co dalej?”. Będzie to właściwy moment, aby ewentualnie podjąć temat rebalancingu – wyjaśnić, co to jest i po co się to robi.

Dorota: Tak jak mówiliśmy wcześniej: nie wprowadzajmy zbyt wielu rzeczy naraz. Chodzi o to, aby nie zniechęcić i nie zrazić dziecka. Nie chcemy, by zaczęło myśleć, „Ojejku jakie to jest skomplikowane, i jeszcze to, i jeszcze tamto, więc może lepiej w ogóle sobie daruję”.

Czy ustawić dziecku stałe zlecenie przelewu z rachunku bankowego na portfel inwestycyjny?

Artur: Czy warto ustawić comiesięczne stałe zlecenie? Dzieci zazwyczaj nie mają stałych prac, więc co do zasady ten problem często odpada – nie mają z czego dokładać co miesiąc. Jeśli jednak sytuacja jest inna, można oczywiście zastosować takie rozwiązanie. 

Dorota: W moim przekonaniu od pewnego wieku warto ustalić zlecenie stałe, zwłaszcza jeśli dziecko ma już stałe przychody, choćby w formie kieszonkowego. Warto wtedy podnieść to kieszonkowe o nieznaczną kwotę, aby uruchomić stały przelew. Ma to jeden konkretny cel: dziecko powinno uczyć się, że comiesięczne inwestowanie jest czymś naturalnym. Że to taki sam element finansów jak odkładanie na oszczędności krótkoterminowe czy dobroczynność. Chodzi o to, aby to był naturalny proces, który występuje co miesiąc i działa automatycznie. Inwestowanie ma stać się po prostu nawykiem. Więc od pewnego wieku, pewnie tak.

Jak często omawiać stan rachunku?

Artur: To dobre pytanie i nie ma na nie jednej odpowiedzi. Wydaje mi się, że nie należy robić tego zbyt często. Im częściej zerkamy na rachunek, tym bardziej mogą wpływać na nas emocje. Zmieniająca się wartość portfela może powodować, że będziemy podejmować nieracjonalne decyzje. Z drugiej strony nie warto robić tego zbyt rzadko, ponieważ celem jest nauka. Warto regularnie sprawdzać stan konta i zadawać sobie pytanie: „Co dalej?”. Może to być raz na miesiąc, raz na kwartał lub raz na pół roku. Według mnie optymalna częstotliwość to nie rzadziej niż raz na rok i nie częściej niż raz na miesiąc.

Dorota: W moim przekonaniu idealnym środkiem jest sprawdzanie rachunku raz na pół roku – jestem zwolenniczką inwestowania pasywnego. Wyjątkiem są szczególne wydarzenia na rynku, które mogą pokazać dziecku konkretne mechanizmy, na przykład jak wpływają one na wzrost cen akcji. Wtedy, z perspektywy edukacyjnej, warto zajrzeć z dzieckiem na rachunek i zobaczyć, co się tam dzieje.

Artur: To świetny pomysł i bardzo słuszna uwaga. Nie logujemy się na rachunek tylko po to, aby podejmować decyzje o kupnie lub sprzedaży. Wato wejść tam w trakcie ważnych wydarzeń po to, aby wytłumaczyć dziecku sytuację. Możemy wtedy powiedzieć: „Zobacz, doszło do takiego wydarzenia i patrz, na twoim rachunku dokonują się takie zmiany”.

Zakończenie

Dorota: To są już wszystkie pytania, na które chcieliśmy wam odpowiedzieć. Mam nadzieję, że ten materiał był dla was interesujący. Bardzo dziękuję, Artur, za podzielenie się twoją perspektywą oraz wiedzą. Ja również wam bardzo dziękuję. Do zobaczenia!

Artur: Dzięki wielkie za zaproszenie. Jeżeli mielibyście jakieś pytania, warto zadawać je w komentarzach. Jeśli coś jest niejasne, śmiało o to dopytujcie. Zachęcam Was również, abyście dzielili się tym, jak Wy podchodziliście lub podchodzicie do tego tematu. Napiszcie, z czym macie największe problemy. Dzięki!